Do mekki wielkich ryzykantów

12.06.2017 00:28
Mann - Grand Stund. Tuż przed startem side-carów.

Mann - Grand Stund. Tuż przed startem side-carów. (Fot. Tomasz Wilczyński)

Nasze motocykle zabierają nas w różne miejsca. Niektóre wypady są spontaniczne, a inne trzeba zaplanować. Wypad na TT Isle of Man należy do tych drugich.

Na wstępie pragniemy zaznaczyć, że opisywana podróż odbyła się podczas Isle Of Man TT 2016 (przyp. red.)

Pomysł wyjazdu do mekki motocyklistów i wyścigów ulicznych, jakie odbywają się od 110 lat na tej wyspie, zrodził się 18 lat temu. W trójkę (Andrzej, Dwooja i Wilk) marzyliśmy, by tam pojechać i na własne oczy zobaczyć jedne z najbardziej ryzykownych i niebezpiecznych wyścigów na świecie, przejechać pętlę, spotkać pasjonatów. Gdy jeden z naszej trójki opuścił Nas na zawsze, wraz z moim przyjacielem zrozumieliśmy, że teraz już nie ma odwrotu. Wyjazd zyskał misję: zawieziemy pamiątki po naszym przyjacielu tam, gdzie marzyliśmy, że dojedziemy wspólnie.
Cztery lata temu już byliśmy w drodze – znowu w trójkę, ale niestety nie dojechaliśmy. Zdarzyła nam się po drodze przygoda, która Nas zatrzymała. Pomyśleliśmy wtedy z Dwooją: to znak od naszego przyjaciela „z góry” – Andrzeja. Decyzja zapadła: następnym razem tylko my dwaj (Dwooja i Wilku) i nikogo więcej.
Wreszcie przyszedł czas i postanowiliśmy: jedziemy. A musicie wiedzieć, że wypad na Man należy planować z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem, bo wolne miejsca na promach kończą się bardzo szybko.

Wszystkie drogi na Man

My ruszyliśmy z Polski w kierunku Holandii, gdzie mieliśmy prom z Rotterdamu. Gdy pokonuje się 1200 km na motocyklu, warto dołożyć 70 km i zaplanować nocleg w Amsterdamie, zwiedzić miasto za dnia – kanały, barki, stateczki – a w nocy poczuć niesamowity klimat imprez w mieście, gdzie „Marysia” jest legalna, a Red Light Street przyciąga tłumy. Puby i knajpki pełne ludzi z całego świata.
Jak cztery lata temu, i tym razem nie obyło się bez przygód. „Karcher” Dwooi po zjeździe z autostrady uznał, że trzeci bieg nie jest potrzebny, następnie że tylko jeden bieg – na szczęście „czwarty” – wystarcza do jazdy w Holandii i UK. Nie odpuszczaliśmy tym razem i skrzynia samoistnie, z drobnymi humorami, odblokowała się po 200 kilometrach.
Po noclegu w Amsterdamie ruszyliśmy do Rotterdamu na prom do Hul. To długi rejs, więc warto wybrać godziny nocne. Z rana można ruszyć w dalszą podróż w kierunku Heysham lewą stroną asfaltu. Po drodze warto odwiedzić np. York, cudne, malownicze miasteczko. Zaparkowaliśmy pod sklepem motocyklowym, gdzie od razu wypatrzyła nas pracująca tam Polka. Bardzo miły akcent w chłodny, angielski poranek. Choć to przełom maja i czerwca, planując podróż na wyspę Man warto przygotować się na bardzo chłodne dni i spore opady zarówno w Wielkiej Brytanii jak i na wyspie Man. My akurat mieliśmy, jak się później okazało, wymarzoną pogodę. Tylko jeden mglisty i zimny dzień w drodze powrotnej, gdy temperatura spadła do 11 stopni. Wiem, że rok wcześniej całe 14 dni było deszczowo i zimno do tego stopnia, że mieszkańcy wyspy pomagali zapraszając do swoich domów przybyłych na TT motocyklistów.
Po zwiedzeniu Yorku ruszyliśmy w kierunku Heysham a dokładniej Mocambre, malowniczej mieścinki nad samym brzegiem oceanu. Można tu podziwiać zachody słońca, odpływy oceanu i piękną piaszczystą plażę. Droga upływała wolno, bo ograniczenia prędkości w UK są bardzo restrykcyjnie przestrzegane a dopuszczalne prędkości naprawdę niskie: autostrada – 112 km/h. Ma to swoją dobrą stronę: zużycie paliwa spadło nam do poziomu, jakiego nigdy byśmy się nie spodziewali po naszych japońskich „litrach”.
Po noclegu w małym, rodzinnym hoteliku, z samego rana, pełni energii pokonaliśmy ostatni, krótki odcinek na prom do Douglas – stolicy wyspy Man. W życiu nie widzieliśmy tylu motocykli na promie! A właściwie nie wiedzieliśmy promu, przewożącego w 99% tylko motocykle i motocyklistów. Już w czasie oczekiwania na załadunek atmosfera była podniosła, pełna porozumienia. Wiadomo, wspólna pasja, piękne motocykle klasyczne, zaskakujące pakunki przytroczone do maszyn. Jeszcze dobrze nie odpłynęliśmy, a już każdemu na promie zdarzyło się wypatrywać drugiego brzegu. I tak przez trzy godziny do „lądowania” w Douglas!

Trzeba mieć jaja...

W Douglas nocowaliśmy u znajomych. Zrzuciliśmy torby, szybki prysznic i ruszyliśmy na zwiedzanie wyspy. To piękne miejsce, pełne niespodzianek w postaci malowniczych plaż, zatoczek. Dzięki naszym znajomym trafialiśmy tam, gdzie pewnie sami nie dotarlibyśmy, a naprawdę warto było, skoro robi się już na kołach ok. 1400 km w jedną stronę.
O szóstej wieczorem zaczynały się treningi, więc o piątej zamykane były drogi, którymi prowadzi wielka pętla. Należy je bezwzględnie opuścić, inaczej koszty wycieczki drastycznie wzrosną o mandat i koszty odholowania. Ruszyliśmy pod Grand Stand – to miejsce startowe w Douglas. I tu – niespodzianka. Byłem już na Moto GP, WSBK, ścigałem się w polskich mistrzostwach motocyklowych w SBK, ale żadna impreza nie była tak bardzo dla ludzi jak TT. Wejście do Padocku nie wymaga żadnego biletu, otwartość zawodników na rozmowę czy zdjęcie jest zaskakująca. Już pierwszego dnia spotkaliśmy Michela Dunlopa, który ustanowił nowe rekordy średniej prędkości na pętli oraz nowy rekordowy czas przejazdu. Można było swobodnie porozmawiać z mechanikami.
Bliskość pędzących zawodników podczas treningów to kolejny, niespotykany element tej imprezy. Wystarczy stanąć w dobrym miejscu przy drodze, a poczujemy pęd powietrza powodowany przez przejeżdżających zawodników, zobaczymy z bliska jak przelatują – dosłownie - nad mostkiem czy po nierównościach przy prędkościach grubo powyżej 200 km/h, jak podbija ich na gumę, jak lądują z shimmy.
To bardzo ryzykowne wyścigi. Brak marginesu na błąd, murki, krawężniki i całe otoczenie uliczne czynią ten wyścig megawymagającym i niebezpiecznym. Do tego dodajmy Słońce, oślepiające zawodników z zaskoczenia, gdy wychodzą zza zakrętu czy lasku. A tu maneta odkręconą do „maksa” i nierzadko „trzy paki na budziku”. Trzeba mieć jaja, brak kredytu, brak żony, dzieci i brak zobowiązań by tu iść ogniem! Zapewniam, że jakość drogi na pętli TT to nie jest tor czy autostrada – to zwykła szosa z wybojami i nierównościami!
Na 60-kilometrowej pętli naprawdę można przebierać w miejscach, które tworzą niezapomniane widowisko, pełne ryzyka i adrenaliny zarówno dla zawodników jak i dla kibiców. Najbardziej oblegane to Glen Helen (polecam filmiki w Internecie) czy też Balough Bridge, gdzie na własne oczy można się przekonać, że ścigaczem też da się skakać. Najlepiej zaplanować na każdy dzień coś innego.

Klimat - niezapomniany

Oczywiście nie zapomnieliśmy o naszej „misji” i pod pomnikiem „Króla Góry” – Joeya Dunlopa, który ustawiono przy górskim odcinku - zostawiliśmy pamiątki po naszym przyjacielu Andrzeju. „Mission completed” – pomyśleliśmy. Teraz może odpoczywać spokojnie.
Kilka kolejnych dni zwiedzaliśmy wyspę. Pogoda cudowna, jak nagroda. Gdy przyjechaliśmy, był szósty słoneczny dzień w tym roku i tak pozostało przez cały okres naszego pobytu – całe siedem dni. Jeśli planujecie tam pojechać, naprawdę weźcie sobie to do serca: tu bywa, że żaby lecą z nieba, mgła jest tak gęsta, że nie widać dalej niż do czubka własnej stopy – niezależnie do pory roku. A dni bywają bardzo chłodne.
Następny element, który sprawia, że ta impreza jest tak przystępna dla ludzi, to koszty wszelkiego rodzaju gadżetów. Ceny zaczynają się od kilku funtów za koszulkę czy czapeczkę, plecak firmowy bardzo dobrej jakości można kupić za 25 funtów czyli około 130 zł, a to przecież niezapomniane pamiątki.
Ceny w knajpach w trakcie TT są wyższe niż zwykle, ale zawsze pozostaje opcja „sklep”. Można tam znaleźć również polskie produkty – mleko czy mięso. Polecam regionalnego hamburgera z jagnięciną z dodatkiem mięty – pyszne. Trafiliśmy też do knajpki, w której zjedliśmy homara wyłowionego dosłownie chwilę wcześniej.
Wieczorami na głównej ulicy w Douglas życie kwitnie. Na wyspie zwykle mieszka około 80 tys. ludzi. Szacuje się, że w czasie TT około 40 tys. mieszkańców wyjeżdża, a w to miejsce przyjeżdża 80 tys. motocykli i motocyklistów! Klimat jest niezapomniany. Ludzie, których łączy ta sama pasja, to miejsce, atmosfera i otwartość mieszkańców - to coś niecodziennego.

 

Przykładowe koszty:

1. Paliwo > (w sumie ok. 3000 km na kołach) około 2100 zł.
2. Ubezpieczenie turystyczne > w zależności od opcji — 120 zł/osobę
3. Hotel Amsterdam > 580 zł (dwuosobowy pokój ze śniadaniem)
4. Hotel Mocambre (UK, nad samym wybrzeżem) > 250 zł (dwuosobowy pokój ze śniadaniem)
5. Nocleg na polu namiotowym (za osobę za 7 dni) > około 100 funtów
6. Wyżywienie > zależy, co jecie i co pijecie, ale w knajpce trzeba liczyć się z rachunkiem 6-12 £ (jeśli napoje są bezprocentowe)
7. W drodze powrotnej > poza noclegiem na promie nie nocowaliśmy
8. Prom Rotterdam > Hul i z powrotem (1 osoba, 1 motocykl) 1650 zł.
9. Prom Heysham lub Liverpool do Douglas i z powrotem (1 osoba, 1 motocykl) > ok. 300 € czyli około 1300 zł.

Kilka praktycznych rad

> Odpowiednio wcześniej kupcie bilety na promy (może to już nie być łatwe).
> Noclegi w hotelach po drodze to nie problem, ale warto zarezerwować coś blisko promu.
> Nocleg na miejscu to do wyboru: pole namiotowe albo pokój u mieszkańców wyspy. Bywa, że sami proponują nocleg. Hotel trzeba rezerwować najpóźniej jesienią. Pole namiotowe to z jednej strony impreza, a z drugiej – ryzyko: może być deszczowo.
> Ciepłe rzeczy i kombinezon przeciwdeszczowy to podstawa na tej wyprawie.
> W drodze przestrzegajcie przepisów, zwłaszcza w Holandii i UK – mandaty są bardzo wysokie (w UK jeśli przekroczycie 100 mil/h, może się to skończyć konfiskatą pojazdu i sprawą w sądzie).

ZOBACZ TEŻ WIDEO

Komentarze (1)
Do mekki wielkich ryzykantów
Zaloguj się lub komentuj jako gość
  • hiszpan25

    0

    klopoty kolegi ze skrzynia biegow jak sie domyslam maja sporo wspolnego z ksywka "dwooja" :)

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX

Polecamy